środa, 27 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ 6
Seth’s POV : 
Wstałem wcześniej niż zwykle, bo już o 9.30. Poszedłem do łazienki, umyłem twarz i zęby oraz wziąłem szybki prysznic. Włosy przetarłem ręcznikiem i trochę podsuszyłem. Ubrałem się w ciemne zwężane spodnie i biały sweter. Wyszedłem z łazienki i udałem się do mojego pokoju. Posprzątałem łóżko i ogarnąłem trochę bałagan, żeby nie było tu tak strasznie. Następnie poszedłem do kuchni, słyszałem szum wody więc pewnie Ally poszła się szykować. Przez 20 min stałem jak głupek przy otwartej lodówce zastanawiając się co naszykować nam na śniadanie. Wiedziałem, ze nie możemy zjeść za dużo, bo mama Ally na takie obiady zawsze szykowała tyle, że można by wykarmić całą armię bardzo głodnych facetów. Naprawdę. I do tego jeszcze zostały by resztki. W końcu zdecydowałem się ugotować dwa jajka. Ukroiłem cztery kromki chleba i położyłem po dwie na jednym talerzu. Posmarowałem masłem i zagotowałem wodę w czajniku. Następnie poszedłem do płyty indukcyjnej i chciałem wsadzić garnek z jajkami pod wodę . Jednak zamiast pomyśleć wziąłem go w rękę, bez żadnej rękawicy czy czegoś podobnego. I oczywiście mnie pokarało, bo się poparzyłem i krzyknąłem, bo strasznie bolało. Włożyłem moją poparzoną łapeczkę pod zimną wodę i poczułem ulgę. Do kuchni zwabiona krzykiem wbiegła Ally.
- Co się stało ? – zapytała ze zdziwieniem w oczach.
- Ten cholerny garnek chciał mnie pozbawić ręki – narzekałem i wskazałem głową na narzędzie zbrodni. Oczywiście zamiast mi współczuć pogłaskać główkę czy w ogóle okazać trochę człowieczeństwa Ally zaczęła się śmiać. – Nie śmiej się ze mnie ! Nawet nie masz pojęcia jak to cholernie boli ! – powiedziałem urażony. Oczywiście zwróćmy uwagę na jeden maciupeńki szczególik, w tym domu łamagą do potęgi entej była ta niewspółczująca jędza. Jak nie walnęła palcem o kant łóżka, to kolanem o róg szafki albo poślizgnęła się na dywaniku w łazience i rozwaliła głowę, bo uderzyła w umywalkę. Ale można mówić, że zasłonkę od prysznica się zasłania, ale wszystko odbija się jak grochem o ścianę. Oczywiście ona zamiast przestać się śmiać zaczęła się tym śmiechem zanosić, co strasznie mnie zdenerwowało. Wzięła mnie za niepoparzoną rękę i posadziła na krzesełku. Taborecik ustawiła naprzeciwko mnie i podeszła do szafki skąd wyjęła apteczkę. Naprawdę dzięki Ci Boże, że mamy ją tak dobrze zaopatrzoną. Wyjęła z niej maść na poparzenia i usiadła naprzeciwko mnie. Położyła moją rękę na swoich kolanach i zaczęła smarować moje oparzenie. Cała moja ręką była czerwona. Dobrze, że lewa. Jutro będę miał wielkiego balona. Obandażowała ją i zawiązała bandaż.
- Straszna z ciebie sierota wiesz ? – powiedziała z uśmiechem na twarzy. Wywróciłem oczami.
- A może ty jesteś lepsza ? – zapytałem i podniosłem brwi. Ona pokiwała głową z niedowierzaniem.
- Nie, też jestem łamagą, ale za to mój mózg nie jest wielkości ziarenka gorczycy – powiedziała i odstawiła taboret pod stół. Odwróciłem się bokiem do okna i patrzyłem jak bierze garnek przez ścierkę i wstawia do zlewu zalewając jajka zimną wodą. Obrała je i pokroiła na kanapki. Zalała herbatę wodą i mogliśmy jeść. Po śniadaniu Ally umyła naczynia, miałem to zrobić ja, jednak patrząc na moją biedną rękę, królowa śniegu zlitowała się nade mną. Około 11. 40 opuściliśmy mieszkanie i udaliśmy się do Kościoła.


Po Mszy pojechaliśmy do państwa Stone. Zaparkowałem auto i wysiedliśmy z samochodu. Poszliśmy do klatki. Ally zadzwoniła i od razu rozległ się dźwięk bzyczenia. Pociągnąłem za klamkę i puściłem dziewczynę przodem. Szybko pokonaliśmy drogę na drugie piętro i stanęliśmy przed drzwiami. Chciałem zapukać, ale Ally uprzedziła mnie i złapała za klamkę otwierając drzwi. Z domu dochodził hałas. Jest niemal tradycją, że na obiedzie rodzinnym u Stonów jest zamieszanie. Na początku po śmierci rodziców nie mogłem jakoś się przyzwyczaić do tego harmidru. Jako jedyny nie byłem z rodziny, pomijam Annie bo jest już żoną Michaela od roku. Ale teraz gdy tylko wchodzę na te spotkania na moje usta samoistnie wkrada się uśmieszek. Rozebraliśmy się z Ally z kurtek i zdjęliśmy buty. Weszliśmy do salonu, gdzie siedziała już Annie z Michaelem i Pan Chris. Przywitałem się z nimi. Mężczyznom podałem rękę a Annie przytuliłem i dałem buziaka w policzek. Ally zamiast najpierw przywitać się z tatą pobiegła do Michaela rzucając mu się na szyję. Miło było patrzeć na nich. To chyba ta różnica wieku. Zawsze byli ze sobą blisko. Pani Beth zawsze opowiadała, że gdy przyniosła Ally ze szpitala i położyła w łóżeczku Michael nie odstępował jej na krok. Trudno było go nawet wygonić z jej pokoju, kiedy sam miał się kłaść. Jako starszy brat zawsze był dla niej wzorem i bohaterem. Nie raz Al opowiadała mi, że Michael zawsze pilnował jej gdy się bawiła i był gotów nawet obronić ją przed większymi od niego. Wszystko dla mojej kochanej siostrzyczki – zawsze mawiał. Spełniał najdrobniejsze zachcianki i stawał po jej stronie. Nawet gdy wymykaliśmy się na imprezy w liceum zawsze krył naszą dwójkę. Pamiętam jak kiedyś czekałem na Al przed domem, Michael wyszedł i przeprowadził ze mną męską rozmowę. Jego ostatnie słowa brzmiały – jeśli tylko spróbujesz ją skrzywdzić, to będzie ostatnia rzecz jaką zrobisz. Do tej pory mam ciarki na to wspomnienie. Jednak brat mojej przyjaciółki wie, że Ally jest ze mną bezpieczna i nigdy nie pozwolę jej skrzywdzić. Po tylu latach już mi ufa na tyle by to wiedzieć. Ally odsunęła się od Michaela i ucałowała jego policzek. Podbiegła do Annie i uściskała ją mocno. Na koniec przywitała się z Panem Chrisem. Jego oczy aż błyszczały gdy przygarnął ją do swojej piersi. Kochana córeczka tatusia pasuje tutaj jak ulał. Gdy rytuał przywitania odbębniliśmy Ally pociągnęła mnie za rękę do kuchni, gdzie była Pani Beth. Dziewczyna wpadła w jej objęcia i mocno przytuliła. Zapytała czy mamy w czymś pomóc na co Pani Beth powiedziała, że mamy poroznosić dania. Jak mogłem przypuszczać jedzenia było tyle, że po 30 minutach obiadu każdy był już tak napchany, że o mało co guziki od spodni nam nie odskoczyły. Rozmowa toczyła się w najlepsze. Gdy poczułem że ktoś stuka mnie w ramię. Spojrzałem na Al i podniosłem brwi mówią „ Co ?”
- Chodź pójdziemy się przejść, niech się nagadają. Umrę jeśli jeszcze choćby 5 sekund tu posiedzę. Mama cały czas mi coś wkłada na talerz a ja już nie mam gdzie tego pomieścić.! Uważa, że powinnam jeść więcej, bo się uczę. Musimy stąd zwiać. ! – jej spojrzenie było bardzo przekonywujące. Dlatego też od razu się zgodziłem. Przyznam szczerze, że mi też ktoś cały czas dokładał coś na talerz. Najpierw miałem tam jednego kotleta a jak się odwróciłem były dwa. Normalnie jak jakieś czary. Puf i jest. Magia. Przeprosiliśmy wszystkich tłumacząc, że musimy zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Ubraliśmy się i wyszliśmy na dwór. Przechodziliśmy właśnie koło placu zabaw, kiedy zostałem brutalnie pociągnięty za rękaw kurtki w stronę właśnie tegoż placu. Pomińmy taki maciupeńki drobiazg, że jest POŁOWA LISTOPADA I SPADŁ ŚNIEGO I WSZYTSKO W NIM JEST! Ale Ally nawet to nie przeszkadzało. Podbiegła do huśtawki i rękawem kurtki strzepnęła śnieg. Usiadła i zaczęła się huśtać. Jej rozpuszczone włosy rozwiewał wiatr i mimo, ze zasłaniał jej widok ona miała uśmiech na twarzy. Poczułem uścisk w żołądku widząc ją taką szczęśliwą. Nagle wydała mi się taka krucha i niewinna, chcę ją ochronić przed całym złem na świecie. Nie dam jej skrzywdzić. Usłyszałem głośny krzyk, który wyrwał mnie z zamyślenia.
- Seth ! Chodź, nie bądź taki dorosły.! – krzyczała Al. Była jak dziecko, ale się do tego nie przyzna. Tyle radości sprawił jej kawałek deski na dwóch sznurkach. Ale podszedłem do niej i oparłem się o słupek.
-  Ty cały czas mówisz, że jestem dziecinny, a teraz nagle jestem takie dorosły ? – pytam i unoszę brwi w zdziwieniu. Al patrzy na mnie i kiwa entuzjastycznie głową.
- No chodź nic Ci nie zaszkodzi – przekonuje dalej. Nie umiem jej odmówić i już po chwili oboje śmiejemy się jak głupki i huśtamy jak dzieci. Po chwili słyszę :
- I co jednak nie jest tak źle ? – Al zatrzymuje się a ja obok niej. Uśmiecha się jak dziecko, które dostało lizaka.
- Nie, było fajnie. Znów poczułem się jak w dzieciństwie. – powiedziałem i uśmiechnąłem się szczerze. Naprawdę dobrze było poczuć się jak dziecko i martwić się tylko tym jak zatrzymać huśtawkę. Podniosłem się i stanąłem naprzeciwko Al. Popatrzyła się na mnie i uśmiechnęła się.
- To co pohuśtać cię ? – zapytałem a ona kiwnęła bardzo entuzjastycznie głową. Stanąłem teraz za nią i zacząłem ją od siebie odpychać, ale powoli.
- Hej nie masz siły czy co ? – zapytała i odwróciła głowę w moją stronę. Uśmiechnąłem się przebiegle i zacząłem ją łaskotać. Zaczęła się wyrywać i w końcu zeszła z huśtawki i zaczęła przede mną uciekać. Więc ja zacząłem ją gonić. W końcu ją dopadłem. Złapałem ją w talii i zacząłem łaskotać. Wyrywała się, ale byłem silniejszy.
- I niby siły nie mam co ? – zapytałem, a ona uniosła ręce w geście poddania. Puściłem ją.
- Okej, okej masz. To co zmywamy się do domu, bo pewnie rodzice się niepokoją. – powiedziała a ja kiwnąłem głową. – Tylko weź użycz swojej kieszeni, bo palce mi zaraz odpadną. – powiedziała i pokazała mi swoje palce. Pokręciłem głową z politowaniem i wziąłem jej ręce w moje. Zrobiłem otwór między dłońmi i zacząłem tam dmuchać powietrzem. Jednak to nie było pomocne więc wziąłem jedną jej rękę i włożyłem do mojej kieszeni.
- Na następny raz załóż rękawiczki ciamciaku. – powiedziałem a ona pokręciła głową i walnęła mnie w ramię. Mimo tego, że dostałem nie mogłam przestać się uśmiechać do końca dnia. Jestem pewien, że nawet w nocy spałem z głupim uśmieszkiem na ustach. Co się ze mną dzieje? 

hej miśki ! mamy kolejny rozdział. ! wiem, że długo to trwa, ale ostatnio mam bardzo dużo roboty. mam nadzieje, że mi wybaczycie. bardzo proszę ZOSTAWIAJCIE KOMENTARZE, TO MOTYWUJE ! do następnego :* 

piątek, 22 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ 5
Allyson’s POV :
Obudziłam się o 9.30, jednak nie chciało mi się wstawać więc postanowiłam poczytać. Wzięłam się za tą książkę jakiś tydzień temu. Nosi ona tytuł „Gwiazd naszych wina”  autorem jest John Green. Książka opowiada o miłości dwóch chorych na raka nastolatków. Hazel Grace Lancaster i Augustus Waters poznają się na grupie wsparcia. Zaznają odrobiny szczęścia jednak nie trwa to długo, bo szczęście jak wiadomo często ucieka nam z rąk. Na wycieczce w Amsterdamie Augustus wyznaje Hazel, że ma nawrót choroby. Nowotwór zaatakował już wszystkie narządy i nie ma on szans na przeżycie. Gdy skończyłam czytać rozdział zerknęłam na zegarek i okazało się, że jest już 10. Do końca książki zostało mi chyba jeszcze 5 rozdziałów. Coś czuje, że nie będzie tam żadnego happy endu. Wstałam naszykowałam ubrania i poszłam do łazienki się umyć. Umyłam zęby i twarz, następnie wzięłam szybki prysznic. Ubrałam się w przygotowane wcześniej ubrania, czyli czarne wąskie spodnie i szarą bluzę wciąganą przez głowę. Wyszłam z łazienki, piżamę schowałam do szafy a pościel poskładałam i włożyłam do kufra w wersalce. Dzisiaj była niedziela, więc do kościoła chodziliśmy na 12 a po Mszy jeździliśmy na obiad do rodziców. Jednak nie zawsze, czasami. Pewnie teraz zastanawiacie się dlaczego Seth jedzie ze mną. Po pierwsze to mam serce a po drugie moi rodzice traktują go jak syna, co już mówię chyba po raz milionowy. Wszystko nasiliło się jednak rok temu po wypadku Państwa Lerman. Oczywiście na obiad  zjeżdżał również mój kochany (wyczujcie sarkazm) brat ze swoją żoną Annie. Mój brat miał własną firmę reklamową , w której nie tylko był prezesem ale również copywriterem. Michael jest bardzo kreatywny, ale czasami jego pomysły są niekonwencjonalne. Kiedyś miał zareklamować zakład pogrzebowy, który, o ironio, nazywał się Słoneczko. I wymyślił : Zakład Pogrzebowy Słoneczko u nas wyśpisz się najwygodniej i najtaniej ! nie komentuje tej reklamy. Annie natomiast zajmowała się księgowością w ich wspólnej spółce „Stone and Clark company”. Jest  ona niziutka, bo ma 165 cm a Michael ma  2 metry wzrostu. Annie ma długie kręcone brązowe włosy a jej oczy są bardzo zielone. Rysy twarzy ma bardzo wyraziste, usta ma pełne, które są wręcz malinowe. Naprawdę nie mam pojęcie gdzie mój brat ją znalazł, ale była po prostu piękna. Pamiętam jak ją przyprowadził na kolację, żeby nas poznała. Szczęka mi opadła i musiałam ją zmiotką z podłogi zbierać. Annie jest również dowodem na to że pozory bardzo mylą. Myślałam ze będzie strasznie gburowata, zarozumiała i bardzo pewna siebie. Natomiast jest ona bardzo sympatyczną, ciepłą osobą o bardzo radosnym i optymistycznym podejściu do życia. Bardzo często na naszych spotkaniach rodzinnych opowiada różne kawały i wszyscy turlamy się ze śmiechu. Potrafi rozbawić Michaela tak, że nawet on wyda z siebie donośny śmiech, co jest naprawdę niezwykłe. Mój brat jest przeciwieństwem Annie. Jest strasznie poważny, ma raczej realistyczne podejście do życia i nie umie się tak po prostu pośmiać. Jest za bardzo dojrzały jak na swój wiek. Moi rodzice traktują Annie jak swoją kochaną córkę, oczywiście numer dwa, bo co tu dużo mówić Annie mi nie dorównuje. Ahh ta twoja wrodzona skromność Stone – warknęła moja podświadomość.  W ogóle nie ma tu ani krzty samochwalstwa. Nie nie.  Ale powróćmy do tematu. Mama ją  ubóstwiała , często powtarza, ze nie mogła sobie wyobrazić lepszej synowej.  Zresztą tak samo jak mój tato. Cały czas tylko mówią, że czekają na wnuczka, bo już są starzy i w końcu chcieliby znaleźć sobie jakieś zajęcie. Nie dziwie się im, bo jestem też z tych osób, które nie za bardzo umieją usiedzieć na miejscu. I tak ich podziwiam ze jeszcze nie zwariowali przez ten rok na emeryturze. Miałam wychodzić już z pokoju kiedy rzuciły mi się w oczy czerwone piękne róże. Do mojej głowy od razu napłynęły wspomnienia ze wczorajszego spotkania. Było już ciemno jak na listopad przystało. W około nie było żywej duszy i martwiłam się, że to spotkanie i kwiaty to kolejny głupi pomysł mojego kochanego od siedmiu boleści przyjaciela. Miałam już iść, gdy w oddali dostrzegłam znajomą mi sylwetkę. Gdy przybliżyła się ona do mnie zobaczyłam, że twarz zasłonięta jest podobnym bukietem kwiatów. Nagle z za nich odezwał się głos :
- Cześć – usłyszałam niepewność i zdenerwowanie. Wydawał się on znajomy i zastanawiałam się skąd go znam. Po chwili przyszło olśnienie. Była to pierwsza osoba na uczelni, którą poznałam w dość niezręczny sposób. A mianowicie zostałam wtedy oblana kawą.
- Phil to Ty ? – zapytałam unosząc brwi do góry. Wtedy chłopak odciągnął kwiaty na bok a mi ukazała się zdenerwowana i zakłopotana twarz, mojego kolegi ze studiów.
- Tak, to ja wysłałem ci kwiaty i zaaranżowałem spotkanie. Nie za bardzo wiedziałem jak Cię zaprosić na randkę więc musiałem coś wymyślić. Przepraszam. – powiedział i spuścił głowę w dół. Uśmiechnęłam się, to było strasznie kochane z jego strony, że tak się postarał i wymyślił to w ten sposób.
- Dla mnie te kwiaty, Mój Wielbicielu ? -  zapytałam a on podniósł głowę a jego oczy nie ukrywały zdziwienia. Za bardzo nie wiedział co powiedzieć, więc tylko podał mi kwiaty. – Są piękne ! dziękuję bardzo. – powiedziałam a on pokiwał głową.
- To znaczy, że … że nie gniewasz się na mnie ? – zapytał ze zdziwieniem słyszalnym w głosie. Uśmiechnęłam się i pokiwałam przecząco głową. Na jego twarzy najpierw pojawiło się zaskoczenie a potem radość i wielki uśmiech, który znałam z uczelni.
- Więc ? – zapytałam
- Więc teraz zapraszam Szanowną Koleżankę na kolację do Reckless- powiedział i wyciągnął ramię w moją stronę, które oczywiście przyjęłam. Dalej wieczór upłynął nam cudownie. Phil był bardzo zabawny i miał świetne poczucie humoru. Cały czas opowiadał dowcipy i przywoływał  śmieszne sytuacje z jego życia. Ja też opowiedziałam mu o sobie. Między innymi o tym jak w pierwszej klasie liceum weszłam do klasy na zastępstwie z panem Smithem z okrzykiem „ A co się tu dzieje ?!”, bo nie wiedziałam, że nauczyciel był już w  klasie. Oraz wiele innych zabawnych sytuacji, które znają tylko moi najbliżsi. Rozmawiało nam się bardzo dobrze, co wcale nie było dziwne skoro mieliśmy te same zainteresowania. Phil opowiadał o swoich planach na przyszłość oraz o rodzinie. Dowiedziałam się, że rodzice Phila się rozwiedli a on mieszka z mamą i siostrą - Molly. Od rozwodu nie miał kontaktu z ojcem, nawet jego mama nie wie co się z nim dzieje. Współczułam mu, bo jaki ojciec może tak po prostu zerwać kontakt z dziećmi. To niesprawiedliwe. Siostra Phila jest tylko 2 lata od nas młodsza i chce iść na medycynę. Myślę, że znalazłaby wspólny język z Sethem. Po kolacji, byłam tak roztargniona, że zapomniałam wziąć bukietu z restauracji. Phil odprowadził mnie pod dom i wymieniliśmy się numerami a on obiecał, że następnym razem zaprosi mnie już bez żadnych podchodów. To było naprawdę cudowne spotkanie. Byłam strasznie zmęczona, gdy wróciłam do domu. Seth wytykał mi, ze byłam rozmarzona i uśmiechałam się jak głupia do wszystkiego, ale jakoś mało mnie to obchodziło. Do tego ten wredny patafian zeżarł moje chipsy paprykowe. Ponieważ akurat dzisiaj miałam dzień dobroci dla zwierząt to nie zakopałam go żywcem w jakiejś zapomnianej części miasta. Poszliśmy oglądać film ale niestety moje powieki były tak ciężkie, ze nie mogłam obejrzeć go do końca. Obudziłam się dopiero wtedy kiedy Seth kładł mnie do łóżka. Zdążyłam powiedzieć, że obejrzymy film potem i że mu dziękuję po czym odwróciłam się do niego tyłem i poszłam spać. Z zamyślenia wyrwał mnie krzyk, który pochodził z kuchni. Nie powiedziałabym, że ten krzyk był godny faceta, bo brzmiał raczej jakby mała dziewczynka się przewróciła, ale to tak na marginesie. Wbiegłam tam i zastałam Setha z ręką pod zimną wodą. Podniosłam brwi ze zdziwienia. 


wiem , wiem. nie było mnie bardzo długo, ale nie miałam w ogóle weny. bardzo chciałam coś napisać, już miałam pomysł siadam do kompa i otwierałam Worda żeby coś napisać i pustka. bardzo mi przykro. mam nadzieje. że rozdział się wam spodoba, krótki, bo krótki. ale odwdzięczę się 6. kocham was i proszę o zostawianie komentarzy :*